listopada 10, 2022

O życiu przedszkolaka

O życiu przedszkolaka


Mam nadzieję, że tytuł i początek wpisu nie zniechęci Was do czytania - wszak nie każdy lubi historię z cyklu "chwila dla ciebie".

Mały Chłopiec jest już przedszkolakiem-weteranem. Aktualnie sześciolatkiem, czyli stoi u progu szkolnej przygody. Wrócił z przedszkola i rzecze:

- Mamo, nauczyliśmy się nowej kolędy!

Myślę hmmm, wcześnie w tym roku przygotowują jasełka.

- A co to za kolęda?

- Jeszcze Polska nie zginęła...

I tak oto Młody zaprezentował nam hymn. Wykonanie wielce emocjonalne, tekst oryginalny, aczkolwiek melodia raczej autorska.

- I jak mi poszło?

- Jak Edycie Górniak w Korei w 2002 roku - odpowiada ojciec chłopca.


Temat piosenek jest u nas na topie. Młody chodzi i śpiewa Kaczkę Dziwaczkę.

-Tuż obok była aptekaaaa... Poproszę mleka pięć deka. Potem poszła do praczkiii... Poproszę...yyy... Sportowe laczki?


Ostatnio synowiec obejrzał "powrót do przyszłości". Film mojej młodości. Przygody i podróże w czasie. Byłam szczerze zdziwiona, że nadążał za fabułą. Jednak niełatwo jest skojarzyć kto jest kim, kiedy, albo czemu jest mały i duży jednocześnie. Od tego czasu z zapałem buduje wehikuły czasu. Latający pociąg ratuje dinozaury, jaskiniowcy naprawiają akcelerator mocy do podróży w czasie.

 A przy okazji filmów...

- Mamo, co to jest gang Olsena?

Tłumaczę zatem, że takich trzech panów i tak dalej...

-A gdzie to słyszałeś?

-Bo pani w przedszkolu powiedziała: przy was to gang Olsena ma na noc. Wyglądała na zdruzgotaną.

Aha... Może lepiej, żeby tego nie oglądał, bo jeszcze się zainspiruje :p 


W przedszkolu odbyło się zebranie z tytułu przygotowania szkolnego. Na zebranie w przyszła też pani logopeda. Zaprosiła do siebie kilkoro rodziców, w tym również mnie. No i mówi, że Jasiu nie wymawia SZ, więc ćwiczymy to i to. Zosia nie wymawia R, więc ćwiczymy to i to. Krzysiu myli F i CH, ćwiczymy tamto. Pytam, więc, co z Małym Chłopcem? Tydzień temu ostatecznie zakończyliśmy terapię u logopedy. Taką prawdziwą, systematyczną, dwuletnią, ze wspaniałą panią logopedą, według której ustawienie języka i artykulacja jest już prawidłowa, wyćwiczona i nie grozi przykrymi konsekwencjami w przyszłości.

-Bo Mały Chłopiec sepleni zębowo.

-Sepleni, bo nie ma jedynek.

-Otóż to. Więc sepleni.

-Ale on nie ma zębów, jak ma nie seplenić?

-No właśnie!

Aha. To se pogadaliśmy. Zamiast się skupić na dzieciach, które serio nie potrafią mówić, pani ciągnie na terapię szczerbatego sześciolatka. 


Mały Chłopiec rozważa też coraz częściej swoją przyszłość. Od jakiegoś czasu jego plan na kolejne lata to założenie sklepu z jabłkami. Takie ma marzenie. Rozważa też kwestię posiadania rodziny. Ostatnio żartem rzuciliśmy, że mamy dla niego fantastyczną przyszłą żonę. Byliśmy odwiedzić przyjaciół, a niedawno urodziła im się córeczka. Idealna kandydatka na synową.

-Bo wiesz mamo, ja tak o tym myślałem. Czy ona nie jest dla mnie za młoda? Zobacz, ja pójdę do pracy, a ona nawet szkoły nie skończy. I co potem? Taka niedouczona będzie?  

Myśli chłopak o przyszłości, nie ma co.


Poza tym... Remont, no wiadomo.

Koło komina mieliśmy jakaś szczelinę, przez którą przy ulewie leciała woda pod dach. Mężu z moim tatą wzięli sprawy w swoje ręce i wybrali się na ten dach, żeby to naprawić. 

Znacie "sąsiadów" z czeskiej bajki? Ich współpraca czasami mogłaby stanowić inspirację dla producentów tej bajeczki. Oni się doskonale bawią, a ja mam wrażenie, że to wszystko zaraz piedyknie :p

Wrócili z dachu dość szybko, obaj w dziwnie dobrych humorach, chichocząc jak dwie nastolatki.

-I jak? Zrobiliście?

-No... Prawie.

-Co to znaczy prawie?

-Bo nie zdążyliśmy zasilikonować.

-Bo...

-Bo silikon wpadł do komina.

-Jaaaak?

-A bo jakiś osioł postawił silikon na kominie i cała tuba wpadła do środka - rzecze mój tato z szerokim uśmiechem. - Trochę szkoda, bo nowy był. Normalnie opierniczyłbym twojego męża, ale to chyba byłem ja - dodał wyjątkowo zadowolony z siebie.

No tak. Przynajmniej wziął to na klatę. Na szczęście komin jest szerokości małego słoniątka, więc szkody z tego nie będzie. Tylko silikonu szkoda :p


Wszystko zatem w normie. Cieszę się, że przed nami długi weekend. Mamy w planie zawiesić sufit w łazience. Z tego powodu musieliśmy kupić dwie płyty gipsowo-kartonowe. Sklep budowlany jest dokładnie 600 metrów od nas. Mężu pyta, czy dałoby radę jakiś transport ogarnąć. Pani na to, na terenie miasta jest gratis. Więc luby mówi, że my mieszkamy tu obok, tuż za polem - z okna w zasadzie widać. A pani wtedy, że nieee, ooo nieeee! to już inne miasto! 50 złotych się należy :D Tak. Gratis do naszego domu 4 kilometry od sklepu przyjadą. A za pole nie :D Zasady to zasady!


Dużo się dzieje w tym naszym małym świecie. W zasadzie dużo małych rzeczy, bo co to za atrakcja taki silikon w kominie albo brak jedynek w uzębieniu. Ale ja bardzo doceniam te małe rzeczy i kocham nasz mały świat. Jestem szczęśliwa, kiedy największy problem to wędrówka z płyta gipsową pod pachą przez pół kilometra ścierniska. Niech to trwa jak najdłużej.

listopada 08, 2022

O przeprowadzce

O przeprowadzce

Oto i oficjalnie zostaliśmy mieszkańcami nowego-starego domu.

Nasza łazienka aktualnie nabiera mocy. Kafelki są, robimy sufit i montujemy sprzęt. Podoba mi się bardzo! Biorąc pod uwagę to, ile pracy trzeba było w nią włożyć, żeby jako tako dostać pionu, poziomy i w ogóle względnie równe powierzchnie, efekt jest super. Projekt wymyśliłam sama, sama narysowałam, kafelki policzyłam. Jak na taką amatorkę nieskromnie powiem, że jest ładnie :p Wrzucę Wam zdjęcie, jak wykończymy wnętrze. Serio jestem dumna, bo mężu dokonał tam cudu. Sam, "tymi rencami", tyrając do późnych godzin po pracy i w każdy wolny weekend zrobił fantastyczne pomieszczenie.

Zameldowałam nas już tam, pozgłaszałam gdzie trzeba. Został jeszcze urząd transportu - najmniej przyjazna jednostka świata. Ale tam wyśle męża, poradzi sobie :p

Moja piękna, 25letnia corsa pomyślnie przeszła przegląd! Wprawdzie pan ze stacji diagnostycznej poinformował mnie, że mam zapomnieć o wożeniu towaru w przyczepie, bo auto odjedzie bez przyczepy, a i bez haka zapewne :p Ale mamy jeszcze jeden rok przed sobą! Wierzcie lub nie, ale to auto nigdy mnie nie zawiodło. Wprawdzie mam już nowe, ale nigdy nie będzie tak kochane jak ten stary opel.

Teraz czeka nas czyszczenie pobojowiska. Pokój, w którym były cięte kafelki wyglądał jak Pompeje po wybuchu Wezuwiusza. Centymetr kurzu, ścinków, gruzu i wszystkiego. Nawet nie wiedziałam, która z kupek pyłu i brudu stojących pod ścianą to odkurzacz. Ale powoli wychodzimy na prostą. Czeka nas mnóstwo pracy, ale damy radę. Testujemy też klimatyzację. Póki nie śpimy w tym domu, szkoda zużywać opał. Więc grzejemy klimatyzacja tylko wtedy, kiedy jesteśmy na miejscu. Wychodzi niedrogo, a działa świetnie. 

No i w piątek przyjeżdża moja przyjaciółka z drugiego końca Polski! Co mnie niezmiernie cieszy, bo będziemy mogły w końcu na żywo napić się kawy. Ostatnio widziałyśmy się latem i bardzo się już za nią stęskniłam.

W wolnych chwilach, których nie mam, składam sobie kartki na targi świąteczne. Już wiem, że zabraknie mi czasu na wszystko, ale nie tracę ducha :D


A, no i jeszcze w tajemnicy powiem Wam, że załatwiłam nam ferie w Wiśle. Znaczy pomiędzyferie. A dokładnie po weekendzie Sześciu Króli (taki żarcik), a przed oficjalnymi feriami szkolnymi. Wyjątkowo mało chodliwy termin, więc idealny, bo będzie mało ludzi. Sama pani robiąca nam rezerwacje była zdziwiona, że wybraliśmy takie bezsensowne dni. Że to bardzo mało popularny termin i jest mnóstwo wolnych miejsc. Tym lepiej dla nas! Będzie hotel z basenem, zabiegami, inhalacjami dla młodego, że śniadaniem i obiadokolacją i wszystko w bardzo przyzwoitej cenie. Zima w górach - zawsze o tym marzyłam :)

I tak się w sobie gryzę, bo z jednej strony się cieszę, a z drugiej wiem, że jeśli dowiedzą się niektóre koleżanki z pracy lub parę osób z rodziny, to znów będzie powód do gadania. W zasadzie jest mi to totalnie obojętne, niech sobie pogadają... Ale z drugiej strony irytuje mnie, że serio, takie to potrzebne, pogadać sobie o tym? Już kilka razy w mniej lub bardziej bezpośredni sposób usłyszeliśmy kilka komentarzy na temat naszego remontu. Od "spadek dostaliście? W totka wygraliście? Skąd macie tyle pieniędzy? Jak to bez kredytu?" po "pewnie rodzice was sponsorują. Musicie zarabiać miliony. Robicie taki remont i jeszcze jedziecie na wakacje?". Tak. Robimy remont, na który oszczędzaliśmy kilka lat. Nie byliśmy nigdy na zagranicznych wakacjach, ale raz w roku wyjeżdżamy nad morze, bo chcemy spędzić razem trochę czasu w innym otoczeniu i chcemy zapewnić Małemu Chłopcu trochę radości. Tak, mamy pieniądze, bo pracujemy. Bo mężu zasuwał tygodniami po 10-12 godzin, w każdą sobotę, czasem niedzielę. Bo też dorabiam ile mogę, choć ludzie nie uznają rękodzieła za pracę, a ja mam z tego całkiem fajny grosik. Bo nie chodzimy na imprezy, do klubów, nie kupujemy sobie drogich prezentów żeby tylko kupić cokolwiek. Nie palimy, nie pijemy alkoholu, nie potrzebujemy tego. Jestem też mistrzem wyprzedaży, więc niczego nam nie brakuje, tylko wydawać się staram z rozsądkiem. Mamy małe, ekonomiczne autka, a nie wypasione fury pozerajace bezołowiówkę. Rodzinnie raz w miesiącu idziemy sobie na fajny obiad czy coś, bo też bez przesady - w końcu żyjemy, pracujemy i możemy mieć z tego trochę przyjemności. No i do tej pory mieszkaliśmy w rodzinnym domu, dzięki czemu oszczędziliśmy to, do wiele ludzi musi wydać na wynajem mieszkania - a to w przeliczeniu na lata potężna kwota, która niewydana staje się oszczędnością. Doceniam to ogromnie bo wiem, jaka to wartość. Rachunkami się dzielimy, opałem się dzielimy, remontami typu wymiana pieca też się dzieliliśmy. Nie mieszkaliśmy za darmo, ale jednak takie rodzinne życie w domu wielopokoleniowym jest bardzo ekonomiczne. I jak potem słyszę, że łoooo, na bogato, to aż się przykro robi. Serio. Tu mogę sobie pomarudzić, ale kiedy w rozmowie ktooś podejmuje ten temat, to w ogóle nie mam ochoty się z niczego tłumaczyć. Tak, dostałam spadek po bogatej ciotce. Fajnie, co? I nieważne, że ostatni rok to była totalna harówa. Że padaliśmy spać jak muchy po całych dniach zasuwania na gruzach. Że to był totalnie trudny rok. Zwłaszcza dla mnie, bo straciłam bardzo bliską mi osobę i nadal nie pozbierałam się do kupy, że po prostu potrzebujemy odpocząć. Ludziom tak trudno powiedzieć "o, super, jedzcie, bawcie się dobrze!". Serio. W 8 przypadkach na 10 będzie komentarz, że łooo, jeszcze się po wakacjach będą wozić. Te 2 na 10 to przyjaciele, którzy jeszcze pomogą się nam spakować. Dziękuję losowi za to, że ich mam. Nie musi ich być wielu - jakościowo są na 100% najlepsi :)

No i znów musiałam ponarzekać :D







listopada 01, 2022

O październiku

O październiku

 


Podsumujmy październik.

Miesiąc nowych początków :)

Mały Chłopiec rozpoczął swoją przygodę z judo. Pierwsze dwa spotkania go onieśmieliły. Aktualnie szaleje na macie z dziką radością. Jestem dumna, że sobie tak dobrze radzi, że poznał nowych kolegów, że mu się chce i z entuzjazmem rusza do działania. Jestem przerażona, bo jak zaczyna robić fikołki, od razu mam wizję wypadku, skręconego karku, wszelkich urazów i nieszczęść że zgonem włącznie :p Okazało się, że jeden z chłopców jest jego rówieśnikiem i mieszka kilka domów od naszego nowego domku. To fantastyczna wiadomość, bo chłopcy się polubili i razem pójdą do szkoły  :)

Obchodziliśmy z mężem kolejną rocznicę ślubu. W ramach świętowania wybraliśmy się na koncert muzyki filmowej trzech wybitnych kompozytorów. Williams, Morricone, Zimmer. Czołówka muzyki filmowej. Koncert był dobry. Nie powiem, że nas zachwycił. Rozczarował mnie brak muzyki z Harry'ego Pottera, choć tymi utworami był reklamowany. Rozczarowała mnie prowadząca, która weszła na scenę dwa razy i czytała z kartki. Na dodatek czytany tekst napisano na poziomie gimnazjalnej rozprawki. "Muzyka jest piękna, bo jest piękna, a kompozytorzy są wybitni, bo są wybitni." Pewne aranżacje były nieco przekombinowane. A już miks utworów z Króla Lwa totalnie nas... Zaskoczył. Tak to ujmijmy, żeby nikogo nie urazić. Może gdyby nie to, że kilka lat temu byliśmy na koncercie muzyki Zimmera, spojrzelibyśmy na całość łaskawszym okiem, czy też w zasadzie uchem. Bo było fajnie. Ale nie było wspaniale.

Zabraliśmy też Małego Chłopca na święto kina. Zobaczyliśmy przygodową opowieść o dzieciach ratujących lwa. Historia mało porywająca, choć miała potencjał, zero zabawnych scen czy dialogów, a główni bohaterowie średnio ujmujący. Ja rozumiem, że dzieci w pewnym wieku mogą być trudne, a rodzeństwa nie zawsze się kochają. Ale żeby siostra chciała wbić bratu ołówek w oko? Serio, takie rzeczy dzieciakom w kinie pokazywać? Wiem, że mieli być rodzeństwem, które się nie dogaduje i za sobą nie przepada. Ale ten film oglądają dzieciaki. Dorośli przedstawieni jako totalnie niezaradni, oderwani od rzeczywistości ludzie. Nie, to nie jest coś, co mogę polecić. Poprzednim razem byliśmy na Cliffordzie. Znacie dużego, czerwonego psa? Całe kino śmiało się w głos, od małych po dużych ludzi. Bardzo przyjemna produkcja dla rodzin. A lew... No niestety.

Prosto z kina wybraliśmy się na spontaniczną wycieczkę w góry. Uwielbiam góry jesienią! Każdego roku spędzamy weekend w Wiśle, Istebnej lub Ustroniu. Taka nasza mała tradycja. W tym roku niestety zakres prac budowlanych nie pozwolił nam na taki luksus, ale chociaż jedną niedzielę udało się wyrwać :) Nie mam zdjęć, bo było tak pięknie, że telefon miałam schowany głęboko w torbie i zupełnie o nim zapomniałam.

W październiku wydarzyła się też nasza łazienka! Jestem prze-szczę-śli-wa! To takie zwieńczenie wieku miesięcy prac. W końcu pomieszcenie, które będzie gotowe. Pochłonęło masę czasu (i jeszcze więcej pieniędzy 🙈), ale w końcu coś widać. W tym tygodniu fugi, w przyszłym sufit, potem montaż armatury i możemy się wprowadzać!

Udało się także (choć oczywiście nie bez przygód) zamontować klimatyzację na obydwu poziomach domu. W dniu montażu okazało się, że jedno z urządzeń jest zepsute. Zamówione już w sierpniu stały na magazynie firmy i gdyby ktokolwiek otworzył pudło, od razu zauważyłby usterki. Do tego czasu dawno sprowadziłoby nowe. A że otworzyli je dopiero przed wyjazdem do nas... Ostatecznie dostaliśmy od firmy inne urządzenie, nawet nieco droższe niż to, które zamówiliśmy i jeszcze w kolorze czarnym. Razem z przeprosinami i serwisem za rok gratis. Bardzo doceniam odpowiedzialność firmy, bo przyznali się do błędu. My nie jesteśmy z gatunku klientów roszczeniowych, więc całą sprawę chcieliśmy po prostu przesunąć na za miesiąc, aż dojedzie właściwe i sprawne urządzenie. Ale firma zaproponowała inne rozwiązania, wszystko się udało i generalnie dobrze się skończyło. Mamy już cieplutko w domu więc jest super.

To był dość intensywny miesiąc. Dużo się wydarzyło. Ale generalnie na plus. Październik to mój ulubiony miesiąc, zawsze to powtarzam :)

A jak minął Wam?


października 21, 2022

O piątku

O piątku

Od sześciu tygodniu każdy piątek spędzamy w przychodni. Mały Chłopiec hoduje wszelkie możliwe choróbska. W tym tygodniu czuł się doskonale, więc tylko odwiedziliśmy alergologa (oczekiwanie na wizytę: 6 miesięcy). Panie zrobiły mu testy, wszystko okej. Skierowanie do laryngologa (termin na koniec grudnia). Zalecenie do odwiedzenia ortodonty (prywatnie, połowa grudnia). 

Dzisiaj miałam zaplanowany urlop. Miałam w końcu zadzwonić po teleporadę dla siebie (od dwóch tygodni w przychodni leżą moje wyniki, których jeszcze nie odebrałam). Miałam też pojechać po receptę na leki na endometriozę. Miałam wejść do poradni pedagogicznej zapytać o kilka rzeczy. No, miałam. Dużo miałam. Mały Chłopiec miał swój plan na życie i obudził się dzisiaj z takim zapaleniem spojówek, że jednego oka prawie w ogóle nie otwiera. Znalezienie okulisty na dzisiaj? Ha. Ha. Ha.

Dobra.

A teraz o przyjemniejszych rzeczach.

Moja szalona przyjaciółka, z którą prowadzimy warsztaty tworzenia w biżuterii w lokalnym domu kultury wymyśliła, że w tym roku wystawimy się razem na świątecznych targach. Będzie domek, będą nasze produkty. Będzie fajnie.

Jestem przerażona :D 

Ale i nastawiona bardzo pozytywnie. Po pierwsze dlatego, że warsztaty to też był wariacki pomysł, w który nikt nie wierzył, a trwają już piąty miesiąc. Miały być na kilka spotkań, a weszły do programu całorocznego. Targi potraktuję zatem jak kolejną przygodę.

Pojęcia nie mam, jak się do takich targów przygotować. Ile produktów powinnam mieć? Jakiego typu? Dwa lata pandemii skutecznie zamordowały takie wydarzenia i generalnie nie do końca wiem, jak ogarnąć sytuację.

Na pewno zrobię świąteczne kartki. Różne, ale dość proste - mieszczące się do koperty.

Zrobię też czekoladowniki - to taki fajny upominek na każdą okazję. Na święta również doskonały. Mała, ładna rzecz - elegancki do wręczenia, a niedrogi.

Zrobię też zakładki do książek. Zakładki sprawdzają się jako drobne prezenty albo jako dodatki do książek.

I ... Nie wiem, co jeszcze. Nie mam takiej typowo świątecznej oferty. Choć myślę, że zabiorę ze sobą coś ślubnego lub urodzinowego. Jako taki model reprezentacyjny. Może ktoś się zainteresuje czymś nie tylko typowo świątecznym, a rękodziełem w ogóle i wtedy fajnie zobaczyć to na żywo, a skontaktować się i zamówić można później, w odpowiednim czasie. Chyba. Takie mam rozkminy :D

Bardzo mnie to cieszy, bo praca twórcza mnie nakręca do działania i sprawia, że mam więcej entuzjazmu do życia. Mimo niekończących się zarazków dookoła.

października 04, 2022

O jesiennych przejmnościach

O jesiennych przejmnościach

 


Wiosenne kwiaty i październikowe słońce.

Najpiękniejsze :)


Uwielbiam robić zdjęcia kwiatów, pączków i świeżych liści w kwietniu. Potrafię podczas spaceru nacykać milion fotek każdemu objawowi nowego życia, jaki tylko znajdę. 

Drugi raz łapię ten stan jesienią, w październiku. Październik ma specyficzne światło. Takie ciepłe, miękkie, jakby rozmyte. 

Uwielbiam też zdjęcia takich jesiennych aranżacji. To takie banalne i bezsensowne. Zdaję sobie z tego sprawę, ale... i tak  lubię oglądać te wszystkie fotki dyń, liści, kawy z pianką, pięknych kubków i sweterków. Sprawia mi to małą przyjemność i nie zamierzam sobie tej radości odmawiać. Zwłaszcza, że ludzie mają tyle pomysłów na te jesienne układanki, że głowa mała. Kolory jesieni są magiczne. Nie, nie wierzę w to, że ludzie dziennie piją kawę z pianeczkami pod kocykiem, w stylowych sweterkach i skarpetkach z grubym splotem. Watpię też, żeby trzymali cappuccino na stosie koców i oklejali okna liśćmi i taśma malarską. Chociaż, kto wie. Jestem natomiast przekonana, że za tymi sweterkami i poduszkami kryją się stosy prania, chore dzieci, syropki na kaszel i zapewne niejeden ciężki dzień. Że w tle stoi inhalator, brudne naczynia, przeklinanie na deszcz i jesienną chandrę, katar i generalnie "oby do wiosny".

W domu szpital. Wymiotło nas kompletnie. A mamy tyle rzeczy do zrobienia, że nie wiem, jak teraz to wszystko ogarnąć. Wędrówka po urzędach, remont, cuda.

W październiku chcielibyśmy się przerowadzić na papierze do nowego domu. Dlaczego? Żeby Mały Chłopiec był uwzględniony w rekrutacji do szkoły z nowego adresu - nie chciałabym, żeby w pierwszej klasie musiał zmieniać szkołę. Jeśli zaś wystartuje do rekrutacji spoza rejonu, wyląduje w losowej placówce. Być może i na drugim końcu miasta, chociaż szkołę będzie miał kilometr od domu. Zmiana adresu oznacza procesję po wszystkich instytucjach i wymianę wszelkich dokumentów. Dowody osobiste, prawa jazdy, dowody rejestracyjne, adresy do podatków, deklaracje na wywóz śmieci, umowy na media i mnóstwo innych spraw. Najgorsze jest to, że za większość wydanych dokumentów trzeba zapłacić. Już i tak absurdem jest dla mnie płacenie za nowy dowód rejestracyjny jak się skończą okienka. A teraz z powodu zmiany adresu znowu muszę zapłacić za nowy. Tak, jakby wersja elektroniczna nie wystarczyła :/ Aplikacje, mobywatele i inne cuda, a i tak trzeba zapłacić za nowy dokument, z którego w zasadzie nikt nie korzysta, bo w razie kontroli policja korzysta z bazy. Tak samo wymiana prawa jazdy. Nawet w dowodzie osobistym nie ma adresu, ale w prawku jest. I trzeba iść zapłacić za nowy dokument. Sama perspektywa tej wędrówki po urzędach sprawia, że jestem zmęczona. A jeszcze nigdzie nie byłam.

Odezwała się też pani z GUSu, że znów mamy zbierać paragony. O matko... O przygodach z tą instytucją pisałam tutaj i już wiem, że to będzie powtórka z rozrywki. Znowu będziemy bogaci, hyhy.

Chciałabym zapisać Małego Chłopca na jakieś zajęcia ruchowe. Przyda się mu przy problemach z mięśniami, a w zasadzie ich brakiem. W przyszły poniedziałek startują lekcje pokazowe judo. Młody Człowiek wykazał zainteresowanie i chce to zobaczyć, chce spróbować. Jeśli się mu spodoba, będzie uczestniczył. Sama też trenowałam judo i to była rewelacyjna przygoda. Nie zostałam mistrzem świata, ale wyćwiczone tam odruchy uratowały mnie kiedyś przed poważnym kalectwem, a być może nawet skutecznym skręceniem karku. Jeżeli synowiec stwierdzi, że to sport dla niego, będę się bardzo cieszyć. Są jeszcze w ofercie zajęcia "mały ninja". Brzmi intrygująco. Jeśli judo nie będzie jego powołaniem, może zostać ninją. Albo kim będzie chciał :) Fajnie by było, gdyby go coś zainteresowało, bo dla zdrowia i rozwoju małego człowieka takie zajęcia to serio super sprawa. Cała przeprowadzka ma tę zaletę, że wszystkie te atrakcje mamy dziesięć minut od domu spacerkiem.

A ponadto na budowie ruszamy w końcu z konkretną akcją: kafelkowanie łazienki! W końcu będzie coś, co widać! Tak, po stanie konta też widać, ale tu głównie jest mniej niż więcej. Wolę więc patrzeć na więcej i widzieć płytki, zamontowaną wannę i generalnie kolejne gotowe pomieszczenie. Swoją drogą, płytki zakupione wiosną aktualnie kosztują... 23 zł więcej na metrze. Co przy 60 metrach daje niezły wynik. Jak dobrze, że leżakują już od marca w piwnicy... W październiku jeszcze musimy ogarnąć montaż klimatyzacji i to chyba będzie na tyle, jeśli chodzi o większe wyzwania. Żałuję, że nie zdążyliśmy zrobić więcej, ale coś za coś. Albo robimy własnymi siłami i trwa to wiecznie, albo wynajmujemy wykonawców i płacimy miliony. Wybraliśmy zatem opcję "powoli i za swoje". Biorąc pod uwagę to, co się dzieje na rynku budowlanym współczuję ludziom z kredytem na karku. 

Tyle nowości.

Mam nadzieję, że zdrówko Wam dopisuje, bo dopiero zaczął się sezon na zarazki, a ja już wymiekam.

września 13, 2022

O nowym domu

O nowym domu

 Nasz stary-nowy dom powoli nabiera kształtów.

Bardzo, bardzo powoli nabieram też przekonania, że może być fajnie. Rozsądna strona mojego mózgu mówi, że to będzie zdrowe dla mojej psychiki. Że zniknie kilka obciążeń, że może nerwica się nieco uspokoi. Że przestanę słyszeć głosy i zrywać się na każde usłyszane w nocy skrzypienie podłogi.

Rozsądna strona mózgu mówi też, że dup@ z tego wyjdzie, bo wszystko drogie, nie damy rady się utrzymać, będziemy żyć od wypłaty do wypłaty, a i tak nie ma węgla i nie będzie, więc będziemy palić w kominku (którego nie mamy) drewnem (którym palić nie wolno). 

Jestem raczej pesymistką. Mam cztery połowy pesymistycznej połowy mózgu. Tak, może być więcej połówek. Ja mam :D

Chyba wynika to z tego, że nie umiem żyć. Że zawsze się kimś opiekuję, martwię i ogarniam milion cudzych spraw. (Ostatnie dziesięć lat poświęciłam opiece nad bliska osobą i w dniu, w którym już nie musiałam nic - nie wiedziałam, co teraz ze sobą zrobić.) A tam będę mogła mieć więcej własnych spraw, czasu i może w końcu na chwilę pożyjemy własnym życiem. Na chwilę, bo wiadomo, że jak tylko będzie odrobina błogiego spokoju, to coś się jebutnie i nadejdzie mała apokalipsa. A to mężu zostanie bez pracy, a to ktoś zachoruje, a to... No dobra, nie rozpędzam się, bo pomysłów mam mnóstwo. Serio. Nikt nie potrafi wymyślić tylu dramatów i potencjalnych nieszczęść co ja.

No. Ale miało być o tym, że poczułam przypływ optymizmu. Wyszło średnio, co?

Otóż, mamy gotowy pokój dla Małego Chłopca. Jeszcze nie jest gotowy w sensie dywan i firanki, ale jest pomalowany, parkiet jest nowiuteńki, meble stoją. powoli kompletuje to, co się w tym pokoju znajdzie. Zdobyłam fantastycznego sklejkowego dinozaura na ścianę. Dorwałam na mega promocji tapicerowane kostki na ścianę za łóżko. I lampkę w dinozaury, wiadomo. Wymyśliłam tablice na jego dzieła i magnesy. I mam milion pomysłów na to, co zrobić, żeby to było prawdziwe królestwo kreatywnej zabawy 

Mamy też już szafę w sypialni, lampę, karnisz. Dzięki temu pokój wygląda już jak pokój, gdzie można wstawić łóżko i żyć. Chciałbym jeszcze kupić fotel, który sobie wymyśliłam,  do toaletki, której nie mam :P Mężu podszedł średnio entuzjastycznie do tego pomysłu ("oddałaś cztery fotele babci żeby kupić jeden?" oraz "kupimy fotel, żeby zrobić z niego wieszak na ubrania?"), ale to taki mój głos rozsądku w tym całym zamieszaniu. Może go jeszcze urobię, bo moja wizja sypialni zawiera fotel i nawet pal licho toaletkę, fotel musi być. I tak wiem, że mężu pierwszy w nim zasiądzie i to będzie jego fotel do czytania.

Bardzo mnie cieszą takie drobiazgi. Jak storczyk zakwitnie, jak zamioculcas wypuści nowe liście. Jak mogę powiesić inne firanki albo zmienić poszewki na poduszkach. Dlatego zdobienie od podstaw wnętrza to dla mnie radocha nieopisana. I nie mogę się doczekać finału. Aktualnie walczymy z łazienką. Optymistyczny plan zakłada, że w tym roku ją skończymy. Oby! 

lipca 29, 2022

O koralikach

O koralikach

 


"Nie mam czasu."

No tak. Nikt nie ma, bo czas płynie sobie gdzieś obok i nie zamierza się na nas oglądać.
Kłopot w tym, że on sobie biegnie, a my nie nadążamy. I gdyby tak każde "nie mam czasu" wymienić na dodatkowe minuty, życie zyskałoby kilka godzin. 

Swój czas dzielę pomiędzy rodzinę, dwa domy, pracę i milion rzeczy pomiędzy. Zajęcia z synem, niekończący się remont, dojazdy, do niedawna jeszcze opiekę nad babcią. Gdzieś pomiędzy zakupy, pranie, gotowanie, sprzątanie i milion domowych, wątpliwych przyjemności. Czasami w rozkładzie jazdy pojawiają się wizyty u lekarza, dentysty, wycieczki, wyjścia gdzieś-tam. Bywają dni, że wychodzę z domu o 6.20, wracam o 22.30. I zasypiam na stojąco, a tu jeszcze trzeba coś zrobić, bo w kolejce czeka prasowanie albo ogarnięcie rachunków.

Mimo wszystko, w tym całym chaosie, staram się wygospodarować troszkę czasu dla siebie. Nie musi być dużo - ale potrzebuję chwili spokoju, żeby poczytać książkę, pobujać się na huśtawce w ogrodzie albo poświęcić chwilę na swoje ulubione zajęcie typu wycinanki. Od jakiegoś czasu kradnę dwie godziny tygodniowo na pilates i od niedawna warsztaty... Koralikowe :)

Koraliki brzmią tak trochę dziecinnie. Ale to bardzo ogólna nazwa. Dawno temu, jeszcze w czasach studenckich, wciągnęło mnie tworzenie biżuterii. Najpierw na użytek własny, potem dla znajomych, a potem nawet rozchodziło się to trochę w świat. Nie było wtedy jeszcze Instagrama, sklepów na FB ani innych bajerów. Wszystko pocztą pantoflową. Tworzyłam biżuterię z naturalnych kamieni i ceramiki. Sprawiało mi to wielką przyjemność. Nie zarabiałam na tym milionów, bo była to moja rozrywka w czasie wolnym, ale wystarczyło na zwrot kosztów i kilka złotych dla siebie. Potem poszłam w stronę wycinanek. Od zawsze kochałam wszystko, co papierowe i ten świat mnie pochłonął na dłużej. Z kilkoma przerwami spowodowanymi sytuacja życiową, ale jednak robię to już od lat. Cieszy mnie niezmiernie, że wciąż mam odbiorców swoich prac, że mam zamówienia, wracających klientów i że nadal czerpię z tego mnóstwo radości. 

Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie przyjaciółka, że została zwerbowana jako prowadząca warsztaty biżuterii. Od lat tego nie robiła, ale się zgodziła... I ratunku, chodź tam ze mną jako wsparcie duchowe. Poszłam. I przepadłam. Tyle kamieni! Te kolory, te kształty, te faktury! Zostałam przypadkowym asystentem prowadzącej, ponieważ zainteresowanie warsztatami przeszło wszelkie oczekiwania. Pojawiły się na nich panie w przeróżnym wieku, pełne zapału, pomysłów i weny twórczej. Mogliśmy je nauczyć operowania narzędziami, materiałami, pokazaliśmy jak robić zapięcia, wiązania, regulowane sznureczki. 
Wszystko było fajnie, aż do wczoraj. 
Od kilku spotkań mamy zaczęły przyprowadzać dzieci. Jedno, dwoje. Dzieci jak to dzieci - widząc tysiące kolorowych kulek wpadają w istny szał twórczy. Wczoraj na warsztaty przyszły w zasadzie same mamy z dziećmi... I koleżanki dzieci. Zabrakło miejsc, zabrakło materiałów. Prowadząca nie była w stanie nic powiedzieć, bo niekończące się mamomamomamo zagłuszyło wszystko. Na stole bałagan, dzieci rzuciły się na materiały. Prowadząca usiłuje prosić o spokój, prosić żeby dzieci nie rozrzucały materiałów, bo są przygotowane na dzisiejsze zajęcia... Nikt nie reagował. Totalny chaos. Panie-mamy próbowały coś zrobić, ale dzieci na nich wisiały. Więc co? "Idź do pani, pani ci pomoże." Więc mamomamo zmieniło się w panipanipani. A pani usiłowała pokazać coś pozostałym uczestnikom warsztatów, którzy przyszli poracowac i czegoś się nauczyć. Ktoś ewidentnie pomylił prowadząca warsztaty z przedszkolanką. Przyjaciółka już na początku zajęć wyraźnie zaznaczyła, że jest ograniczona ilość materiałów i prosi o to, żeby każdy wybrał swój komplet. Bo zabraknie i nie da się wtedy ukończyć dzisiejszego zadania. Żeby dzieci wybrały coś dla siebie z koszyczka dla dzieci, a kamienie i elementy srebrne zostawiły uczestnikom w celu realizacji dzisiejszego tematu. Ale ani jedna z pań nie zareagowała. Dzieciaki zrobiły totalną masakrę na stole. Starsze panie, regularne uczestniczki warsztatów, opuściły salę po godzinie, wyraźnie zniesmaczone. Mamy w końcu zaczęły coś przebąkiwac o tym, że "mogłaś zostać w domu bo nic tu z tobą nie mogę zrobić". Fajnie, tylko że nikt nic nie może zrobić i całe warsztaty są totalnie rozwalone. Prowadząca zaproponowała, że przygotuje osobne zajęcia dla dzieci - bo to tak nie może wyglądać. Uczestnicy zostali bez materiałów, hałas nie pozwalał prowadzić zajęć. Już nie wspomnę o tym, że materiały na warsztaty są bardzo wysokiej jakości, a dzieci nie zachowywały minimum ostrożności przy ich użyciu. Już nie wspomnę o tym, że nawlekaly hurtem na nitki bardzo drogie elementy, które miały być prezentami dla całej klasy koleżanek.
Kolejne spotkanie ma się odbyć po wcześniejszej rezerwacji miejsca. Tylko dla dorosłych. Dzieci od 15 lat, z opiekunem. A dzieciaczki spotkają się osobno, we własnym gronie. Z mamami, które będą im pomagać.

No, tyle narzekania.
Tak w ramach ciekawostki pokaże wam, co zrobiłam na warsztatach. 
I może coś, co wycinam...?
(Nie wiem, czemu zdjęcia są takie nijakie. Po kliknięciu wraca im jakość)







Copyright © zapisano przy kawie... , Blogger