lipca 29, 2022

O koralikach

O koralikach

 


"Nie mam czasu."

No tak. Nikt nie ma, bo czas płynie sobie gdzieś obok i nie zamierza się na nas oglądać.
Kłopot w tym, że on sobie biegnie, a my nie nadążamy. I gdyby tak każde "nie mam czasu" wymienić na dodatkowe minuty, życie zyskałoby kilka godzin. 

Swój czas dzielę pomiędzy rodzinę, dwa domy, pracę i milion rzeczy pomiędzy. Zajęcia z synem, niekończący się remont, dojazdy, do niedawna jeszcze opiekę nad babcią. Gdzieś pomiędzy zakupy, pranie, gotowanie, sprzątanie i milion domowych, wątpliwych przyjemności. Czasami w rozkładzie jazdy pojawiają się wizyty u lekarza, dentysty, wycieczki, wyjścia gdzieś-tam. Bywają dni, że wychodzę z domu o 6.20, wracam o 22.30. I zasypiam na stojąco, a tu jeszcze trzeba coś zrobić, bo w kolejce czeka prasowanie albo ogarnięcie rachunków.

Mimo wszystko, w tym całym chaosie, staram się wygospodarować troszkę czasu dla siebie. Nie musi być dużo - ale potrzebuję chwili spokoju, żeby poczytać książkę, pobujać się na huśtawce w ogrodzie albo poświęcić chwilę na swoje ulubione zajęcie typu wycinanki. Od jakiegoś czasu kradnę dwie godziny tygodniowo na pilates i od niedawna warsztaty... Koralikowe :)

Koraliki brzmią tak trochę dziecinnie. Ale to bardzo ogólna nazwa. Dawno temu, jeszcze w czasach studenckich, wciągnęło mnie tworzenie biżuterii. Najpierw na użytek własny, potem dla znajomych, a potem nawet rozchodziło się to trochę w świat. Nie było wtedy jeszcze Instagrama, sklepów na FB ani innych bajerów. Wszystko pocztą pantoflową. Tworzyłam biżuterię z naturalnych kamieni i ceramiki. Sprawiało mi to wielką przyjemność. Nie zarabiałam na tym milionów, bo była to moja rozrywka w czasie wolnym, ale wystarczyło na zwrot kosztów i kilka złotych dla siebie. Potem poszłam w stronę wycinanek. Od zawsze kochałam wszystko, co papierowe i ten świat mnie pochłonął na dłużej. Z kilkoma przerwami spowodowanymi sytuacja życiową, ale jednak robię to już od lat. Cieszy mnie niezmiernie, że wciąż mam odbiorców swoich prac, że mam zamówienia, wracających klientów i że nadal czerpię z tego mnóstwo radości. 

Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie przyjaciółka, że została zwerbowana jako prowadząca warsztaty biżuterii. Od lat tego nie robiła, ale się zgodziła... I ratunku, chodź tam ze mną jako wsparcie duchowe. Poszłam. I przepadłam. Tyle kamieni! Te kolory, te kształty, te faktury! Zostałam przypadkowym asystentem prowadzącej, ponieważ zainteresowanie warsztatami przeszło wszelkie oczekiwania. Pojawiły się na nich panie w przeróżnym wieku, pełne zapału, pomysłów i weny twórczej. Mogliśmy je nauczyć operowania narzędziami, materiałami, pokazaliśmy jak robić zapięcia, wiązania, regulowane sznureczki. 
Wszystko było fajnie, aż do wczoraj. 
Od kilku spotkań mamy zaczęły przyprowadzać dzieci. Jedno, dwoje. Dzieci jak to dzieci - widząc tysiące kolorowych kulek wpadają w istny szał twórczy. Wczoraj na warsztaty przyszły w zasadzie same mamy z dziećmi... I koleżanki dzieci. Zabrakło miejsc, zabrakło materiałów. Prowadząca nie była w stanie nic powiedzieć, bo niekończące się mamomamomamo zagłuszyło wszystko. Na stole bałagan, dzieci rzuciły się na materiały. Prowadząca usiłuje prosić o spokój, prosić żeby dzieci nie rozrzucały materiałów, bo są przygotowane na dzisiejsze zajęcia... Nikt nie reagował. Totalny chaos. Panie-mamy próbowały coś zrobić, ale dzieci na nich wisiały. Więc co? "Idź do pani, pani ci pomoże." Więc mamomamo zmieniło się w panipanipani. A pani usiłowała pokazać coś pozostałym uczestnikom warsztatów, którzy przyszli poracowac i czegoś się nauczyć. Ktoś ewidentnie pomylił prowadząca warsztaty z przedszkolanką. Przyjaciółka już na początku zajęć wyraźnie zaznaczyła, że jest ograniczona ilość materiałów i prosi o to, żeby każdy wybrał swój komplet. Bo zabraknie i nie da się wtedy ukończyć dzisiejszego zadania. Żeby dzieci wybrały coś dla siebie z koszyczka dla dzieci, a kamienie i elementy srebrne zostawiły uczestnikom w celu realizacji dzisiejszego tematu. Ale ani jedna z pań nie zareagowała. Dzieciaki zrobiły totalną masakrę na stole. Starsze panie, regularne uczestniczki warsztatów, opuściły salę po godzinie, wyraźnie zniesmaczone. Mamy w końcu zaczęły coś przebąkiwac o tym, że "mogłaś zostać w domu bo nic tu z tobą nie mogę zrobić". Fajnie, tylko że nikt nic nie może zrobić i całe warsztaty są totalnie rozwalone. Prowadząca zaproponowała, że przygotuje osobne zajęcia dla dzieci - bo to tak nie może wyglądać. Uczestnicy zostali bez materiałów, hałas nie pozwalał prowadzić zajęć. Już nie wspomnę o tym, że materiały na warsztaty są bardzo wysokiej jakości, a dzieci nie zachowywały minimum ostrożności przy ich użyciu. Już nie wspomnę o tym, że nawlekaly hurtem na nitki bardzo drogie elementy, które miały być prezentami dla całej klasy koleżanek.
Kolejne spotkanie ma się odbyć po wcześniejszej rezerwacji miejsca. Tylko dla dorosłych. Dzieci od 15 lat, z opiekunem. A dzieciaczki spotkają się osobno, we własnym gronie. Z mamami, które będą im pomagać.

No, tyle narzekania.
Tak w ramach ciekawostki pokaże wam, co zrobiłam na warsztatach. 
I może coś, co wycinam...?
(Nie wiem, czemu zdjęcia są takie nijakie. Po kliknięciu wraca im jakość)







lipca 27, 2022

O urodzinach

O urodzinach

 


Nie lubię swoich urodzin.

Zawsze uruchamia się wtedy we mnie taki wewnętrzny Schopenhauer i zaczyna wyliczać, czego nie zrobiłam w ciągu ostatniego roku. Nie jestem ani trochę mądrzejsza, ani młodsza, ani bogatsza, nadal nie zbawiłam świata ani nie dokonałam niczego wielkiego. Mam tę samą (niezbyt porywającą) pracę, starego opla, milion kompleksów, wciąż te same życiowe rozmkiny i generalnie towarzyszy mi poczucie, że zmarnowałam kolejny rok życia.

Najchętniej schowałabym się gdzieś pod kocyk, poużalała się trochę nad sobą i tyle. Zawsze mam też nadzieję, że i tak nikt nie będzie pamiętał.

A potem przychodzi ten dzień i jednak okazuje się, że ktoś pamięta. I to nawet sporo ktosiów. Co jest o tyle dziwne, że daty moich urodzin nie znajdzie się na portalach społecznościowych ani w żadnym innym publicznym miejscu. Samodzielnie trzeba się zorganizować.

Dostałam mnóstwo przytulasów, pięknych życzeń, słodyczy, uścisków, uśmiechów. Dostałam wiadomości, które nie były kopiuj-wklej z google, tylko bardzo osobistych i aktualnych. Pamiętali o mnie. I to było takie miłe i kochane, że mój wewnętrzny marazm musiał ustąpić i schować się w cień. Zawsze jestem tym bardzo wzruszona i poruszona, że dostaje tyle ciepła od ludzi z bliska i daleka. Na przykład tego dnia dzwoni do mnie znajomy, z którym ponad 15(!) lat temu pisałam pewna grę internetową, a on zawsze, od tylu lat, skałda mi życzenia urodzinowe - choć kontakt mamy bardzo słaby w ciągu roku, bo każdy pędzi przed siebie. Dzwoni i pisze moja banda ze studenckiej ławki, która dawno już jest żonata i dzieciata... A jednak znajdą ten czas wśród swoich obowiązków, żeby pogadać. Dzwoni współlokatorka ze studiów, z którą w ciągu roku wymienimy dwa-trzy potężne maile, bo mieszka na takim wygwizdowie, że internet to jeszcze na korbkę mają... Ale w tym dniu chodzi gdzieś po tej swojej wiosce bez zasięgu, żeby złapać kawałek sygnału telefonicznego i porozmawiać. Wieczorem przyjechała przyjaciółka, która na co dzień mieszka na drugim końcu Polski, ale była akurat w odwiedzinach u rodziny i wyrwała się na godzinę, żeby wpaść. Bez zaproszenia - totalna niespodzianka, najlepsza na świecie! Już nie wspomnę o tym, że moi chłopcy mają dla mnie przygotowanych mnóstwo całusów, a w tym roku także całe pudełko kartek urodzinowych - rzecz jasna wykonanych samodzielnie.

I pewnie za rok znowu będę chciała zniknąć w ten lipcowy dzień, licząc na to, że nikt mnie nie zauważy... A potem znów będę szczęśliwa, że mam wokół tyle wspaniałych ludzi, o których sama na co dzień myślę ciepło... I okazuje się, że czasami oni o mnie też ;)

lipca 21, 2022

O wadach i zaletach

O wadach i zaletach

 


Jak już niektórzy z czytających te moje wypociny wiedzą, zostałam ostatecznie właścicielem domu. Dom z lat 80-tych, totalnie do remontu. I po co mi to było?

Cały czas się zastanawiam. 

Ostatnio nawet pokusilam się o listę z kategorii "wady i zalety" :D

Aktualny dom ma kilka niewątpliwych zalet:

- nową kuchnię, którą caluteńką zrobiliśmy sami

-dom jest ocieplony, ma nowy dach, piec, gaz 

-woda jest że studni 

-na piętrze mieszkają rodzice, więc Mały Chłopiec ma dziadków pod ręką. Uwielbia ich, a do tego w razie choroby zawsze ma awaryjną opiekę

- rachunki dzielimy, więc jest znacznie taniej - zwłaszcza w kwestii ogrzewania 

-dom jest zmodernizowany, ma wszystkie instalacje nowe

-stoi w pięknym miejscu pod lasem, zero ludzi dookoła

-dwa nowe garażeo, obejście i dojazdy wykończone kostką

-ma ogromne obejście i ogród, jeden wielki plac zabaw

Ale...

-ma ogromny ogród, mnóstwo trawnika i generalnie gigantyczny teren, gdzie zaczynasz trawnik kosić w poniedziałek, kończysz w piątek... a od poniedziałku znów ruszasz z kosiarką

-stoi w pięknym miejscu pod lasem... I wszędzie jest niesamowicie daleko. Autobus trzy razy w ciągu dnia. Do szkoły 4 km, sklepu 4 km, ośrodka zdrowia... 4 km. Bez auta (albo dobrej kondycji) ani rusz 

-do pracy 20 i 40 minut samochodem

-mamy dwa pokoje i więcej nie będzie jeszcze przez ładnych parę lat 

-łazienka do generalnego remontu

-w domu poza rodzicami mieszkają jeszcze dwie osoby, chociaż mają osobne wejście

-jak zasypie śniegiem, to wyjść można tylko na narty

-zero dzieci w okolicy bliższej. Zero dzieci w okolicy dalszej


No a nowy-stary dom?

-wszędzie blisko. W promieniu kilometra szkoła, sklepy, ośrodek zdrowia, szpital, przystanek autobusowo-pks

-sąsiedzi (całkiem mili, choć oni znają mnie lepiej niż ja ich) i gromada dzieci na jednej ulicy, w tym rówieśnik 

-3 sypialnie, salon, kuchnia, dwie łazienki, garderoba, pralnia, spiżarnia, warsztat, pomieszczenia gospodarcze

-mały ogród

-taras 

-spokojna okolica

-piekarnia 3 domy dalej 

-do pracy 5 minut, można dotrzeć rowerem lub pieszo, a do drugiej pracy 15 minut 

-nowy dach 

-nowy piec

Aleee...

-wymaga totalnego remontu wszystkiego. Większość już zrobiliśmy, ale koszty są potężne

-koszt utrzymania, w tym ogrzewania wyłącznie na naszej głowie 

-w razie awarii typu choroba trzeba się zorganizować, żeby zapewnić Małemu Chłopcu opiekę

-brak garażu, a potrzebujemy dwa

-podjazd i kanalizacja w totalnej ruinie

-do zrobienia drenaże, ocieplenie, ogrodzenie - znów ogromne koszty


Generalnie wady nowego-starego domu to głównie nakłady finansowe. Wiem, że gdybyśmy chcieli kupić mieszkanie, wydalibyśmy tyle co na remont. Z drugiej strony, kiedy rozważaliśmy opcję zakupu mieszkania... Nie wiem, czym bym dała radę. Jestem dzieckiem lasu. Zamknięta w czterech ścianach chyba bym zwariowała. Wiadomo, że można mieć działkę. Ale tu w okolicy działek jak na lekarstwo, na dodatek daleko. I tylu ludzi dookoła. Mieszkałam w bloku 3 lata i to były baaardzo ciężkie lata. Szaleni sąsiedzi potrafili urządzić piekło normalnym ludziom. Wystarczył jeden taki, żeby uprzykrzyć życie kilku rodzinom dookoła. A że staram się nie wchodzić nikomu w drogę, to nawet bym nie umiała nic z tym zrobić. Wiem, że wszystko zależy i wcale nie musi tak być. Ale być może i to mnie skutecznie zniechęca. 

No i takie to mamy rozkminy.

W razie czego dom zawsze można sprzedać, wymienić na mieszkanie, na inny. Zobaczymy, co czas przyniesie. Mały Chłopiec jest podekscytowany wizja własnego pokoju i uwielbia towarzystwo kolegów zza płotu. Ale on to wszędzie potrafi być szczęśliwy i nigdy nie narzeka :)







lipca 11, 2022

O lewej ręce

O lewej ręce

Synowiec mój został obdarzony leworęcznością. Cały jest lewy. Lewa ręka, lewa noga, lewe oko. To i tak wygrana na loterii, bo podobno ci zygzakowaci, lewo-prawi, mają jeszcze trudniej. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale leworęczni mają wiecznie pod górkę! Czy to guziki zapinać, czy to odkręcić słok, posługiwać się myszką...

Nadszedł czas na naukę pisania. Takiego poprawnego, a nie stawianie drukowanych liter. Ułożenie ręki, żeby cokolwiek widział i nie drapał ołówkiem po kartce to większe wyzwanie, niż mogłabym się spodziewać. Mało tego, Mały Chłopiec leci z tekstem z prawej na lewo. I to w lustrzanym odbiciu. Wszystkie K, B, R mamy w drugą stronę. Jak da Vinci . To jego naturalny kierunek i zupełnie się nad tym nie zastanawia. Kiedy go poprawiam, że halo, w drugą stronę, robi zwrot i leci w przeciwnym kierunku. Ja bym się musiała zastanowić, kiedy i jak te litery odwrócić, a on robi to zupełnie odruchowo. Wakacje postanowiłam wykorzystać na korektę ułożenia ręki, bo biedny wygina nadgarstek w jakiś cudaczny sposób i prędko się męczy. Najzwyczajniej w świecie boli go ręka od tych wygibasów. Na szczęście pani przedszkolanka pokazała nam świetne ćwiczenia dla leworęcznych i mamy na czym pracować.

W piątek Mały Chłopiec był na diagnozie SI. To taka diagnoza w kierunku zaburzeń sensorycznych. Jako niemowlak miał problem z mięśniami i pewne rzeczy ciągnalą się za nim do dzisiaj. Ćwiczenia pomogą mu wskoczyć na właściwy tor. Oczywiście pani terapeutka popłakała się już po kilku minutach, bo mała gwiazda.. No, był sobą, po prostu.

Najpierw testy logopedyczne. Standardowa książka, gdzie dzieci nazywają przedmioty, a logopeda notuje wymowę konkretnych liter.

-Co to za krzyżyki mi tam pani wstawia?

-To są plusiki za poprawną wymowę.

-Aha.

Dotarliśmy do obrazka, przy którym Mały Chłopiec orzekł: mniszek.

-Ale popatrz, co to jest? - zachęca pani terapeutka.

-Mniszek. 

-Na łące rośnie, żółty taki.

-Mniszek.

-Ale przyjrzyj się słoneczko, taki kwiatek żółty. Mle... Mlee... Mlecz.

-Mniszek. Mniszek lekarski. Mlecz to potoczna nazwa, mówi się mniszek lekarski- rzecze Młody Człowiek z całą stanowczością, jaka może się zmieścić w sześciolatku.

-A to co?

-Gęś Kaczka? 

-Biały taki, popatrz...

-Bocian?

-Ła... łaaaa... Łabędź. Widzisz, to łabędź.

-Proszę pani, ja mogę powiedzieć, czym się różni diplodok od brachiozaura. Na gęsiach się nie znam.

No tak. Mały Chłopiec jest ekspertem od dinozaurów. Gęsi, kaczki i inne takie nie mają dla niego większego znaczenia. Chyba, że jako kotlet lub jajecznica. I nieważne, że mieszka na wsi. Gdyby w zagrodzie biegały dilofozaury, to możemy porozmawiać. Drób nie jest interesujący.

Generalnie pani terapeutka okazała się być bardzo rozsądną osobą. Zadałam jej kilka szczegółowych pytań i wykazała się ogromną wiedzą. I na szczęście dzieli pogląd o tym, że terapia jest dla dzieci, które jej potrzebują. Teraz mam wrażenie, że zrobiła się wręcz moda na terapie. Jeśli dzieci nie mają jakiejś dolegliwości i nigdzie nie chodzą, to coś jest nie halo. Każdy musi mieć orzeczenie o czymkolwiek... Niegrzeczny albo po prostu żywy dostaje łatkę ADHD, a spokojny zostaje autystykiem lub przynajmniej aspargerem. W dziwnym kierunku zmierza ten świat. Widziałam wiele dzieci, z którymi serio trzeba coś zrobić, żeby im pomóc... A w tych przypadkach najczęściej kompletnie nikogo to nie interesuje. Za to że zwyczajne dzieci, które po prostu mają taką, a nie inną naturę, dorabiają się orzeczeń o czymkolwiek.

-Słoneczko, a ty masz już dziewczynę? Albo narzeczoną?

-Proszę pani, ja mam sześć lat. Nie mogę się żenić, to nielegalne.

No, logiką to on umie zabić. Argument solidny jak cegła. 

-I proszę się skupić, bo mi tam już dwóch plusików brakuje. Widziałem, że pani nie odnotowała.

Także ten. Nie wiem skąd, ale jest wygadany jak nikt inny w rodzinie. Odważny, rzeczowy i lubi wyzwania. Gdyby go porwali, jeszcze tego samego dnia przyprowadzą go z powrotem. I jeszcze przyniosą mu pudełko lodów miętowo-czekoladowych. Życie z tym człowiekiem to jedna wielka przygoda.

czerwca 27, 2022

O zmianie perspektywy

O zmianie perspektywy


Należę do pokolenia, które pamięta czasy potężnych, przemysłowych zakładów pracy. Takich, w których karierę zaczynało się jeszcze w szkole, a kończyło odchodząc na emeryturę. Mogło zmienić się stanowisko, funkcja, ale nie zakład. Takie przedsiębiorstwa miały w zanadrzu coś charakterystycznego - własne ośrodki wypoczynkowe. Kojarzycie może? Ot, na przykład stocznia posiadała obiekt w górach, a kopalnia nad morzem. I tam wysyłali swoich pracowników na wakacje. Los tych obiektów bywał różny. Jedne zostały sprzedane, jedne upadły (ciekawostka na końcu wpisu), niektóre nadal funkcjonują, choć zapewne w nieco zmienionej formie.

Jako dziecko właśnie w takie miejsce, czyli do domu wczasowego zakładu pracy, pojechałam z rodzicami. Pamiętam zimne morze, dwa tygodnie deszczu, jeden dzień na plaży, ognisko zakończone totalną ulewą... i automaty z misiami. Tata był mistrzem tych automatów. Z braku lepszych atrakcji i fatalnej pogody, głównie graliśmy na sali w ping ponga. Albo spacerowaliśmy do portu i z powrotem. Wobec powyższego, misiowe automaty były niezwykle kuszące i ludzie zostawiali tam miliony. Mój tato, jak na umysł analityczny przystało, chodził i obserwował. Po kilku dniach miał wybrany automat, w którym dało się coś wygrać. Jeden miał zepsutą łapkę, jeden odbijał przy wyciąganiu, inny miał źle założony kabel... A ten konkretny dawał szansę na wygraną. Oczywiście potem następowały oględziny maskotek w środku - to też miało znaczenie! Wiele razy nasze prośby o wyciągnięcie misia rozbijały się o "nie teraz". Ale to miało sens. Kiedy "teraz" następowało, zawsze maskotka lądowała w pojemniku :) Wróciliśmy do domu obładowani pluszakami, a jakże!

Wróciłam tu po raz pierwszy trzy lata temu. 

Ośrodek nadal stoi, choć zakład pracy został rozkradziony i zamknięty. Och, przepraszam. Zrestrukturyzowany. Tak czy inaczej, pewna wakacyjna spółka wykupiła ten i kilka innych ORW podupadłych przedsiębiorstw i jako tako trzyma je w pionie.

Nadal jest ten sam plac zabaw - to akurat nie komplement, ale fakt. Nic się nie zmieniło. Totalnie nic. Ale dzięki temu panuje tu taki swojski klimat. Są budynki rodem z poprzedniego ustroju. Maleńkie pokoiki, gdzie na ośmiu metrach śpią cztery osoby. Dawniej niektóre pokoje nie miały łazienek i jestem ciekawa, czy nadal tu są. Pamiętam dokładnie boiska, bramy, rozkład ścieżek. Jest też budynek hotelowy, który różni się od pozostałych tym, że zawiera "apartamenty". Apartament to dwa mikropokoje zamiast jednego. Ma to swój urok, choć nie będą to wakacje dla wymagających.

Zaprzyjaźniliśmy się z przemiłą panią kelnerką. Mały Chłopiec wyjątkowo ją sobie upodobał, a i ona zawsze znajduje dla niego jakieś nadprogramowe ciasteczko. Zawsze mówiła, że przypomina jej wnuka, który został na Ukrainie.

W tym roku wnuczek jest tu z nami. Chłopcy kompletnie nie ogarniają, co mówi ten drugi, ale absolutnie im to nie przeszkadza. Szaleją na placu zabaw, grają w piłkę, biegają po ośrodku i zupełnie nie mają problemu z barierą językową. Pani kelnerka jest tu teraz ze sporą częścią swojej rodziny i wszyscy pracują w ośrodku. Jest przemiłą, ciepłą osobą. Czytając opinie na Googlach o wakacjach w tym miejscu, spotkanie z nią niezwykle często pojawia się jako zaleta ośrodka - i jestem przekonana, że nawet o tym nie wie.

Fajnie wrócić w to samo miejsce po latach. Wtedy patrzyłam na wszystko z perspektywy ośmiolatki, teraz ciut się to zmieniło... Ale miejscowość nadal ma urok. To taka wiocha bez atrakcji. Bez hałaśliwej muzyki, dyskotek, karuzel. Jeśli chcesz, znajdziesz to wszystko dziesięć minut stąd. Ale nie trzeba tego oglądać na co dzień. Plaża jest ładna, ludzi niewiele. Do tego las, jezioro. Mnóstwo miejsca do spacerowania albo wycieczek rowerowych. Nie wiem, czy za rok znów tu przyjedziemy, ale kiedyś na pewno chciałabym jeszcze wrócić.

W ramach ciekawostki: jednym z takim ośrodków, którym los nie sprzyjał, jest Maciejka. Maciejka to tak zwana piramida w Ustroniu. Niegdyś pod panowaniem stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni. Po wpisaniu hasła 'opuszczona Maciejka" w google, znajdziecie sporo zdjęć i ciut historii. Zainteresowanym polecam :) Byłam tam jesienią. Zwiedziłam, ale nie powiem, może być niebezpiecznie - klatka schodowa owija się dookoła szybu windy. Łatwo pomylić otwór drzwiowy i zlecieć. Aczkolwiek zdjęcia pooglądać polecam - zwłaszcza, że można porównać ze zdjęciami piramid nadal czynnych. Wirtualna wycieczka zaprasza!

***

EDIT: coś się stało z bloggerem i nie mogę komentować. Nie mam pojęcia, co się tu wydarzyło.

czerwca 19, 2022

O obserwacjach

O obserwacjach

 


Generalnie lubię obserwować ludzi.

Zajmuję się tym od zawsze. Nigdy nie byłam zbyt towarzyska. Nawet jako dziecko wolałam przycupnąć gdzieś z boku i słuchać, patrzeć, wyciągać wnioski. Interesowała mnie (i nadal w sumie interesuje) psychologia, socjologia. I człowiek, i społeczeństwo. Skrupulatnie odnotowuję sobie gdzieś tam w głowie swoje obserwacje. Był taki czas, że umiałam doskonale manipulować ludźmi - nie, nie robiłam tego często. I nie dla własnych korzyści. Czasami widziałam, że ktoś bardzo czegoś chce, ale z jakiegoś powodu nie może się zdobyć na odwagę. Popychałam wtedy pionki do przodu. Stwarzałam okazje, stawiałam jednych ludzi na drodze innych ludzi, bo umiałam przewidzieć co z tego wyniknie. Bywało, że czułam się wtedy jak oszust... Ale wierzyłam, że wyniknie z tego coś dobrego. W ciągu całego życia pojawiła się tylko jedna osoba, która była w stanie to zauważyć i odważyła się mi o tym powiedzieć. Żartem losu było to, że człowiek ten robił dokładnie to samo. Swoją drogą, był moim najlepszym kumplem, na którego nie mogłam patrzeć. Uwielbiam go i jednocześnie irytował mnie tak strasznie, że chciałam mu ukręcić łeb. I vice versa. Dlaczego? Bo byliśmy to siebie niesamowicie podobni. Rozumieliśmy się bez słów. Mogłam wziąć kurtkę, pójść w jakieś miejsce i wiedziałam, że go tam spotkam. A najbardziej drażniły mnie w nim moje własne wady. Ludzie są w stanie wybaczyć sobie nawzajem wiele rzeczy. Każdy ma swoje słabości i odchyły. A my mieliśmy te same. Widziałam siebie w lustrze, widziałam dokładnie to, czego nie znosiłam u siebie. Serio, to było dziwne, ale bardzo pouczające. Ludzie postronni myśleli, że się wiecznie kłócimy. A tymczasem nie mogliśmy żyć bez siebie. Jak takie stare, dobre małżeństwo. Składając mu życzenia urodzinowe nie życzyłam mu szczęścia i spełnienia marzeń. Życzyłam mu jak najwięcej kłód pod nogami. Nie dlatego, że życzyłam mu źle. Dlatego, że wiedziałam, że problemy to dla niego wyzwanie. Że on uwielbia zmagać się z życiem. Że każde nowe doświadczenie to próba, z którą on się z dziką radością zmierzy i zwycięży, a dzięki temu będzie silnym i wspaniałym człowiekiem. Zawsze takim był, chociaż zazwyczaj mu powtarzałam, że jest wrzodem na pewnej części ciała ludzkości. I to był komplement, który doskonale rozumiał.

Ale odbiegłem od tematu!

W zasadzie chciałam napisać o tym, jacy ludzie są okropni.

Aktualnie wakacjujemy. Oj, wakacje to fantastyczne pole do obserwacji. I nadal twierdzę jedno. Ludzie w pewnych okolicznościach są okropni. 

Korzystamy z posiłków w miejscu, gdzie rano obowiązuje tak zwany szwedzki stół, a w czasie obiadów wszystko podawane jest do stolika. 

Obsługa radzi sobie średnio. Widać, że to są młodzi ludzie. Że jest ich za mało. Że się dopiero uczą. Robią puste przebiegi, trzeba dość długo na wszystko czekać. Część sali obsługiwana przez dwie starsze panie wszystko ma na gotowo raz-dwa. Reszta niekoniecznie. I o ile rozumiem, że ktoś mógłby mieć pretensje, bo kelnerki stoją pod ścianą i zajmują się sobą, ignorując swoje obowiązki... To nie rozumiem, jak można się zwracać w tak niegrzeczny sposób do ludzi, którzy serio biegają jak mróweczki po sali i robią co mogą, żeby wszystkich zadowolić. To jest stołówka. Nie hotel, nie restauracja. Na sali mieści się około 250, może 300 osób. Mniej więcej obliczyłam, że obiad jednocześnie zjada ich 180-200, pozostali przychodzą i rozchodzą się w międzyczasie. A kelnerki są zazwyczaj 4. Nie wiem, czy to dużo, czy mało. Widzę, że się starają. I widzę, że gromada starszych pań na wakacjach komentuje głośno, jak to długo na wszystko trzeba czekać i jaka beznadziejna tu obsługa. Że się obijają, że są leniwi, że "za moich czasów nie do pomyślenia", że trzeba wszystkich zwolnićS. zczytem było, jak jedna z pań zaczęła się domagać spotkania z kierownikiem sali, bo musiała posiedzieć pięć minut w oczekiwaniu na talerz. Litości. Ludzie, bądźcie ludźmi. 

Pomijam fakt, jaki bałagan ludzie są w stanie zostawić po sobie na stołach. Ile wyrzucają jedzenia. I to, jak zachowują się przy stole w trakcie śniadania i kolacji. Bo jest to również oburzające co obrzydliwe. Wiecie, za co w zeszłym roku ostatniego dnia pobytu podziękowały nam te panie? Za to, że składamy talerze na stosik. Serio. Ostatniego dnia trzy panie kelnerki podeszły do naszego stolika i podziękowały za to, że mówiliśmy im dzień dobry, dziękuję i że robiliśmy coś tak prostego (i dla mnie oczywistego w miejscu pod tytułem stołówka ośrodka wypoczynkowego) jak poskładanie talerzy jeden na drugim. 

Wstyd mi, że mój sześciolatek potrafi powiedzieć dzień dobry pani sprzątającej, podczas gdy dorośli ludzie przechodzą obok jakby jej nie widzieli. Wstyd mi, kiedy ten mały łobuz mówi "dziękuję pani za samczne danie" (nawet, jeśli wiem, że czegoś nie cierpi i absolutnie tego nie tknie) a dorośli ludzie potrafią tylko krytykować i podczas całego posiłku, od podania do posprzątania, nie wymcknie im się ani jedno "dziękuję". Wstyd mi, kiedy ten mały chłopiec stoi grzecznie w kolejce, a nad jego głową przepychają się ręce i głowy, szturchając go i przestawiając z miejsca na miejsce, byle szybciej do talerza. Wtyd, serio.

No, to sobie ponarzekałam. Jestem ciekawa, czy macie lepsze doświadczenia w tym temacie. Oby nie gorsze! 

czerwca 12, 2022

O migrenie

O migrenie

 


Migrena, dzień trzeci. Zazwyczaj ostatni. Idealne rozpoczęcie urlopu!

W piątek zerwałam się z pracy wcześniej, wybierając nadgodziny. Obskoczyłam fizjoterapię, dwa referaty urzędu miasta (złożyłam wniosek na coś tam i odebrałam Małemu Chłopcu dowód - już drugi w jego życiu!). Potem fryzjer - nie mniej stresujący niż bieganie po urzędach... Później festyn Małego Chłopca w przedszkolu i o 19 padłam spać z takim bólem głowy, że żadne tabletki nie dały rady tego opanować. 

Sobotę przespałam, większość niedzieli też. Jakąś godzinę temu nieco zmartwychwstałam, ale obawiam się, że to jeszcze nie koniec migreny. 

Tyle miałam planów, a wyszło z tego nic. Tak czy inaczej - nie będę się przejmować. W środę ruszamy na wakacje!

Mały Chłopiec już dzisiaj zaczął pakować swoje zabawki, łopatki, grabki, dmuchane piłki. Dla niego wakacje to wielka przygoda. Tradycyjnie i niezbyt ekstrawagancko ruszamy nad nasze rodzime morze. Może i morze nie jest zbyt wyszukanym kierunkiem letnich wypraw, bo z tego co słyszę od ludzi znajomych i nieznajomych, to bliżej niż do Włoch się nie jedzie na wakacje. Dopóki jednak moja młodzież jest zakochana w kupie piasku i hektolitrach zimnej wody, to ja się bardzo z tego cieszę. Poza tym, nasz kraj jest totalnie piękny, niezwykły i zróżnicowany, więc zagraniczne wojaże niekoniecznie mnie kuszą. Tym bardziej, że po powrocie okazuje się, że nieważne gdzie, Turcja czy Egipt, wszyscy siedzą nad basenem w kupie innych ludzi i narzekają, że brzuchy im urosły od olinklusiw. 

Swoją drogą, sama nie byłabym zbyt szczęśliwa, gdybym przez tydzień miała leżeć i się smażyć. Fajnie posiedzieć na piasku (koniecznie w cieniu, mam już swoją miejscówkę do tego), poczytać książkę i trochę się polenić. Ale ruszając w świat chcę też coś zobaczyć, więc nasze wakacje są raczej takie turystyczno-krajoznawcze. Rok temu na przykład byliśmy między innymi w muzeum zimnej wojny, w bunkrze. Fantastyczny kawał historii opowiadanej przez niesamowitych ludzi! Jeszcze do tego zabłądziliśmy w lesie, po którym wędrowali sobie z grabiami penitencjariusze zakładu śledczego i bardzo uprzejmie wskazali nam drogę do cywilizacji. A ja już myślałam, że nas tam tymi grabiami przykryją razem z resztkami samochodu, których nie da się sprzedać. Przygoda życia, mówię Wam :)

Tymczasem idę spróbować wyprostować głowę. Może nawet uda mi się wrzucić jakieś pranie czy coś. Chłopcy ruszyli na rowery, słońce pięknie świeci (za zasłoniętymi roletami, bo boli mnie światło), a ja mam ciszę i spokój. Może zatem spróbuję zrobić coś konstruktywnego zanim dopadnie mnie ostatnia fala migreny.



Copyright © zapisano przy kawie... , Blogger